Na beżowym tle kolorowe oko, w którego źrenicy widać budynki miejskie. Pod nim napis: "Oczy i uszy Gdyni"

Aktualności OCZY I USZY GDYNI: P.W.K.

BibliotekaGdynia.pl zaprasza na czwarte wydanie cyklu historycznego Oczy i uszy Gdyni, w którym prezentujemy wybrane teksty z wydawanego w drugiej połowie lat 30. XX wieku gdyńskiego tygodnika Torpeda. Artykuły zawierają opisy prawdziwych wydarzeń w humorystycznej, fabularyzowanej formie.

W ostatnim wydaniu Oczu i uszu Gdyni przedstawiliśmy historię o pułkowniku Jacewiczu, hodowcy królików ipirotechniku z Witomina, który po stworzeniu kilku niezbyt udanych wynalazków, chciał uzbroić we własnej roboty granaty ręczne armię Haile Selassiego. Czwarty odcinek, zatytułowany jest P.W.K., co w rozwinięciu oznacza Przyjazd Wszystkich Krewnych. Opowiada o niezapowiedzianej wizycie bliskich pana Stanisława S. z Redłowa. Jegomość pochwalił się wielkim, sześciopokojowym mieszkaniem w Gdyni, którego w rzeczywistości nie posiadał. Jak się okazało, niedługo później gorzko pożałował swoich przechwałek.

Zbiorem i opracowaniem tekstów zajął się Krzysztof Chalimoniuk – doktor nauk humanistycznych, historyk i bibliotekarz. Znany z naszego facebookowego cyklu Z archiwum Biblioteki Wiedzy, w którym prezentowaliśmy archiwalne artykuły z dostępnej w naszych zbiorach międzywojennej prasy, oraz z prowadzenia licznych prelekcji w bibliotece, poświęconych m.in. historii Gdyni i gdyńskiego portu.


P. W. K.

 

- Znowu pocztówka! – w zdenerwowaniu chwycił pan Stanisław S. właściciel dwupokojowego mieszkania na Redłowie nową kartkę pocztową przedstawiającą roznegliżowaną damę z karminowymi ustami.

- Oj! Niedobrze – zasępił się nagle. – To już czwarta dziś!... Dziękujemy za dobroć i miłe zaproszenie i jutro pociągiem popularnym z dziećmi i z wujaszkiem będziemy u ciebie. Postaraj się o bilety na defiladę. Ściskam ciocia Jadzia – przeczytał po raz drugi.

- I tych zapraszałem? – powątpiewająco pokiwał głową.

- Gdzież ja ich wszystkich pomieszczę?... A może nie przyjadą, tylko tak piszą – tchórzliwie uspokoił sam siebie.

Znów spojrzał na pocztówki. Trzy widoki Warszawy i roznegliżowana dama leżały na ostatniej gazecie. Rzucił znów złym okiem na podpisy: - Stryjcio pułkownik z Wandzią,  Czesią, kolega z W. S. H. Mietek z synkiem i teraz jeszcze ta gruba ciocia Jadzia!... Ileż ona ma tych bachorów! – w zdenerwowaniu zmiął kartki i wrzucił do kosza.

- I to jutro rano w dodatku! – przypomniał nagle. – No trudno!

A potem bolesnym wspomnieniem ogarnął dzień, a raczej wieczór lekkomyślnego zaproszenia. Wypił sobie wtedy i zachwalał „Święto morza” i zapraszał wszystkich. Namawiał, żeby zatrzymali się u niego. W hotelu drogo, w pensjonatach ciasno, a on ma sześć pokojów – jasno – wygodnie. Jeszcze się tak dziwili, że to w Gdyni, gdzie mieszkania drogie, aż sześć pokojów... A on jeszcze słowo honoru dawał!

- Teraz wykręcaj się – rzucił sam sobie, przechodząc koło lustra i nawet zrobił bardzo przykry grymas.

- Jak teraz wytłumaczyć, że mam ino te dwie klatki zamiast sześciu pokojów – wymyślał wykręty i wybiegi.

Znużyła go senność. Przez myśli mignęła świadomość jutrzejszego zjazdu rodzinnego, ale odganiał myśl o tym, jako zatruwają mu spokój. – Wreszcie zdecydował zaryglować drzwi i leżeć tak długo cicho na podłodze, aż goście poszukają pokoi w mieście.

Z tym twardym postanowieniem zasnął.

Rano obudził go głośny szczebiot. Podskoczył na łóżku i usiadł zbudzony głosami kilku osób.

Przed oczyma minęła twarz nieogolonego szofera, który ustawiał czyjeś walizki na kredensie. Dookoła w malowniczej pozie stanęła półkolem grupa złożona z bliższych i dalszych znajomych. Na pierwszym planie w towarzystwie dwu pociech stała uśmiechnięta ciocia Jadzia, za nią emerytowany stryjcio pułkownik; w głębi wyłaniał się kolega Mietek z W. S. H., a Wandzia i Cesia dźwigały toboły w przedpokoju.

- Ależ u ciebie ciasno! – rozczulała się zawsze serdeczna ciocia Jadzia. – Powinieneś gdzieś się przenieść, bo uprzedzam, że tak będzie niemożliwie. Stryjaszek przyzwyczajony do spokoju, a tu taka ciasnota. Mówiłeś, że masz sześć pokojów.

- Hm! Hm! – bełkotał wpółprzytomny pan Stanisław – właściwie miałem sześć, ale teraz przebudowałem na dwa … na dwa przebudowałem!

- A to niepotrzebnie, dziejku, przebudowałeś – zauważył stryjaszek, który zdążył już zagospodarować się i wyciągnął nawet buty na prawidłach – U nas w korpusie też raz przebudowywali koszary, ta...

- Cicho tam! – przerwała ciocia Jadzia i rozpakowując tobołek, zaczęła zawartość jego pakować do prawej części biurka, z którego wyjęła jakieś pliki papierosów i książki. Dyskretnie wynosząc kolejne części garderoby, pan Stanisław ubierał się w wannie, w której urządził się prowizorycznie kolega z W. S. H. niewiadomego nazwiska.

W tej chwili do łazienki zapukała znów ciocia Jadzia.

- Powiedz dziecko moje, czy bilety na defiladę są, bo musimy zobaczyć, jak to wygląda w tej Gdyni.

- Szkoda, że kuchni nie prowadzisz, bo stołować się w mieście wypada bardzo drogo.

- Śpiesz się po bilety i przyjedź po nas taksówką. Wandzia i Czesia na defiladę nie pójdą – pójdą od razu na plażę – dysponowała w dalszym ciągu ciocia Jadzia.

Złamany, przygnębiony opuszczał pan Stanisław mieszkanie. Ale nie poszedł po bilety. Skręcił bocznymi ulicami, dotarł do Portowej i zaszedł do baru.

Usiadł przy stoliku przed zamrożoną butelką czystej.

W mózgu cisnęły się przekleństwa.

- Durniu jeden – mówił sam do siebie – czemuś drzwi nie zaryglował?

 I nagle przypomniał sobie jak stryjaszek – pułkownik wyciągał buty, a ciocia Jadzia grzebała w kredensie. Bunt rodził się w duszy, ale zimne łyki wódki gasiły jego wybuchy. Robiło się słodko na duszy. Tkliwe wspominał ciocię Jadzię i nawet stryjaszka – pułkownika. A po tym poszedł przed pocztę i w strugach deszczu tańczył z okazji święta morza.

Późną nocą wracał do domu. Był znużony, chciał wyciągnąć się na łóżku, zasnąć, zapomnieć o wszystkim. Oto domek jego, jeszcze nie zapłacony, bliźniaczy domek. Nagle świadomość smagnęła go jak biczem wspomnienie zjazdu krewnych. W jego  łóżku śpi ciocia Jadzia, na szezlongu rozciągnął się ten nachalny stryjcio z butami na prawidłach, pociechy na ziemi, w jadalni Zosia. Zosia z synkiem, a Wandzia, a Czesia, a ten drań z W. S. H., co to się nie przedstawił nawet. A niechże ich … I nagle wielki kamień z brzękiem rozwalił szybę. Jeden, drugi... czwarty… piąty. Jęki i pisk cioci Jadzi odpowiedziały na niespodziewany atak. Słychać było, jak komendę objął stryjcio pułkownik, jak zasłonił okna poduszkami i rozkazał zgasić światła. Słyszał dzwonek własnego telefonu. A po tym przekonał się, że stryjcio dobrze się połączył. Zabrała go policja. Miał przynajmniej gdzie przenocować.

P. W. K. przyjazd wszystkich krewnych – przypomniał sobie nagle popularny skrót i rozgniewał się na tego, kto to wymyślił.

 

Torpeda 1937, nr 30, s. 4


Kolejne artykuły ukazywać się będą cyklicznie, co trzy tygodnie. Towarzyszy im dodatkowy, facebookowy cykl, w którym przedstawiamy satyryczne ilustracje z Torpedy, opisujące gdyński krajobraz społeczno-polityczny połowy lat 30. XX wieku.

Poprzednie odcinki:

OCZY I USZY GDYNI #1: Potomek dumnych Hellenów

OCZY I USZY GDYNI #2: Trumna wróciła do sklepu

OCZY I USZY GDYNI #3: Pirotechnik Negusa z Witomina